piątek, 15 czerwca 2012

polska szkoła plakatu, czyli wykopaliska archeologiczne


Ogromny, przypadkiem zdobyty plakat do Trzeciej części nocy Żuławskiego z 1971 roku w końcu oprawiony i powieszony. Równie dziwny jak film, który reklamował.
Te dziwne filmy Żuławskiego w PRL-u przekraczały jednak możliwości percepcji różnych ministrów od kultury, którzy powiedzieli mu, że lepiej to niech on już może za narodowe, komunistyczne pieniądze więcej takich filmów nie robi a najlepiej to niech do Francji sobie na przykład pojedzie. Nawet tak na trochę dłużej. Żuławski się jeszcze trochę wahał z tą Francją i w międzyczasie tego wahania nakręcił jeszcze podstępnie Diabła. Po tymże Diable to dopiero zrobiła się afera na całego. Nie było już zmiłuj. Miarka się przebrała. Precz z Polski naszej ludowej, paryskie bruki szlifować niewdzięczniku- wysokie władze orzekły.
No to Żuławski sobie pojechał i nawet jest tam podobno trochę po dziś dzień znany, podobno jako reżyser a nie tylko jako ten starszy koleś od Weroniki Rosati.

środa, 14 marca 2012

o besserwisserstwie

Narodowe Centrum Kultury i Rada Języka Polskiego zabrały się za tak zwaną pozytywistyczną pracę u podstaw i rozpoczęły fejsbukową kampanię społeczną pod hasłem Ojczysty-dodaj do ulubionych. Generalnie chodzi o to aby - jak wieszcz Słowacki postulował -język [polski] giętki powiedział wszystko co pomyśli głowa i żeby nie być pawiem i papugą narodów. Zacna to wprawdzie intencja, która zapewne dołączy jednak do innych zacnych intencji, którymi jak mówią, piekło jest wybrukowane. Ojczysty bowiem czysty oj nigdy nie był i tym bardziej nie będzie w dobie tak zwanej kultury remiksu. Nie ma szans.
Według slawistów z Uniwersytetu w Oldenburgu, ponad 2,4 tysiące niemieckich słów przeniknęło przez lata do naszego języka polskiego. Owocem tychże badań jest słownik, który tu można sobie wirtualnie powertować. Jak się okazuje Niemcy [nas] biją - jak krzyczał w rozpaczy pewien niedoszły premier z Krakowa- także językowo. Sprawa wygląda podobnie z całą masą włoskich i francuskich makaronizmów i obecnie z wszechobecnym zalewem anglicyzmów.

Zrobiło się trochę mentorsko a przecież żadnym Bralczykiem ni Miodkiem nie jestem a wręcz przeciwnie. Wracając do wspomnianego słowniczka niemieckich slawistów, wpadło mi w oko słowo, które świetnie opisuje zjawisko coraz bardziej -mam wrażenie- powszechne w naszym cudnym kraju (choć nie tylko). Mowa tu o słowie besserwisser, czyli po prostu Mensch (człowiek) który wie lepiej.
Besserwisserstwo, dziwnie jakoś znalazło cieplarniane warunki rozwoju w kraju nadwiślańskim, gdzie coraz więcej ludzi wie lepiej. W wiedzeniu lepiej przodują oczywiście narodowe elity. A wśród nich zdecydowanie prowadzą politycy. O ile umiarkowane besserwisserstwo można jakoś znieść w przypadku polityków w słusznym wieku, z bagażem doświadczeń, o tyle w przypadku czołowego besserwissera prawicy Adama Hofmana przychodzi mi to z wielkim trudem. Wśród politycznych dinozaurów besserwisserstwa szczególną gorliwością i zawziętością w swoim wiedzeniu lepiej odznaczają się zwłaszcza dwie postacie: Antoni Macierewicz i jego alter ego [pozornie po drugiej stronie barykady] - Stefan Niesiołowski. Zarówno Antoni jak i Stefan są przekonani o swej nieomylności w każdej sprawie. Jak wiemy, Antoni jest ostatnio niekwestionowanym ekspertem od brzóz, Stefan natomiast od protestujących przeciwko ACTA idiotów.
Wiedzenie lepiej ma się też całkiem dobrze w świecie tak zwanych gwiazd, które - gdyby nie coś tam (wariant do wyboru)- byłyby jak Eric Clapton. Mowa tu oczywiście o niszczonym przez piratów Zbigniewie Hołdysie i jego opinii ws. ACTA. Zbigniew został niestety pierwszym internetowym męczennikiem besserwisserstwa w Polsce, gdyż za swoje wiedzenie lepiej został brutalnie, wirtualnie zlinczowany przez [o ironio] swoich fanów na fejsbuku. W sukurs Zbigniewowi przybył Jacek Bromski-też prześladowany artysta i prezes Stowarzyszenia kogoś tam. Ale rozważnie zrobił to gdy sprawa już przycichła więc męczennikiem raczej nie zostanie.
Przykład pięknego besserwisserstwa mnożą się w postępie wręcz geometrycznym. W bieżącym tygodniu zjawisko to rozkwitło w świecie tak zwanych filmowców. Okazuje się że producent filmu o kacu w Wawie, [nie widziałem niestety] poczuł się tak bardzo dotknięty recenzją Tomasza Raczka, że postanowił udowodnić mu w sądzie, że wie lepiej. Podobnie sprawa wygląda z filmem Big love [też niestety nie widziałem], którego reżyserka przed kamerami Filmweb tv wyrzuciła krytykowi face to face, że nie zrozumiał jej konwencji i subtelnych cytatów z nowej fali francuskiej i remiksów też nie zrozumiał. Bo postmodernizm i eklektyzm i pastisz i trawestacje przecież. Interpretacja zboczyła w złym kierunku, a w ogóle to ona wie lepiej bo jest po kulturoznawstwie i dodatkowo po reżyserii.
Zdaniem reżysera Andrzeja Żuławskiego*, mistrzami w wiedzeniu lepiej w Europie są Francuzi. O Francuzach bladego pojęcia nie mam, ale patrząc na ich "napoleonka" Sarkozy'ego a wcześniej na Chiraca, który kazał Polakom siedzieć cicho, [bo oni Francuzi wiedzą lepiej] można łatwo się z tym zgodzić. Moim zdaniem do liderów besserwisserstwa można dołączyć też ex aequo Anglików. Oni wiedzą przecież lepiej, że krany mają być dwa. Osobny do wrzątku i osobny do lodowatej wody. Wiedzą lepiej, że jeździć należy lewą stroną jezdni i jeszcze wiele innych rzeczy też wiedzą lepiej. Ale brytyjskie wiedzenie lepiej w postaci ich odwiecznego outsiderstwa zwanego dumnie splendid isolation nikogo już chyba nie dziwi i nie wzrusza.
Poziom tolerancji na wiedzenie lepiej jest dość elastyczny i dla niektórych może nawet ten wpis wydać się besserwisserski. Nic bardziej mylnego. Ja tak naprawdę to za bardzo nie wiem co o tym wszystkim myśleć.



Zobacz też:
Ile niemieckiego jest w polskim, Gazeta Wyborcza.
Ile włoskiego i francuskiego w naszej kulturze, Wojciech Grzegorek, Perspektywa Kulturalna.
*Andrzej Żuławski, Bilet miesięczny, Warszawa 2004.



niedziela, 22 stycznia 2012

hej kolęda, kolęda, czyli dlaczego ksiądz stasiu nie lubi agnieszki holland

Coraz bardziej rozumiem rozdrażnienie moich Rodziców, gdy jadąc od czasu do czasu z nimi samochodem, puszczam za głośno- w ich mniemaniu - muzykę. Pada wtedy sakramentalne: Przycisz to, bo nie słyszę własnych myśli. Okazuje się, że ja też już coraz rzadziej te swoje myśli słyszę, co skutkuje między innymi zmniejszającą się częstotliwością umieszczania wpisów na tymże blogu. Swoich myśli nie słyszę, bo słyszę głównie cudze myśli, a dzieje się tak wskutek przedawkowania bycia on-line, a także całej tej, ogólnie mówiąc, kultury. Brak słyszenia na co dzień własnych myśli, odbija się jednak, co jakiś czas nocną bezsennością, kiedy to mózg musi w końcu odreagować i włącza mu się tak zwana kreatywność w postaci strumienia tysiąca pięciuset myśli na minutę, że aż para uszami zaczyna lecieć.

Początek roku to w naszej katolickiej Polsce czas tak zwanej kolędy, czyli wizytacja osoby bardziej lub mniej duchownej w domostwach swojej parafii. O ile w dużych miastach tradycja ta zdaje się już chyba nieco słabnąć, o tyle na spokojnej wsi warmińskiej, gdzie dom mój rodzinny z dziada pradziada stoi, wciąż jeszcze ma się całkiem dobrze.
Przychodzi więc ta osoba bardziej lub mniej duchowna do tegoż domu- co wiem od nieco zażenowanych całą tą historią moich Rodziców- i po wykonaniu rutynowych czynności w postaci odklepania kolędy, pomachania miotełką itd. przechodzi do czynności bardziej już z tego świata.
Następuje w tym momencie rozliczenie i sprawozdanie finansowe: na kościół dali Państwo tyle i tyle, na kaplicę nic Państwo nie dali itp, itd. Jako że Rodzice moi są raczej osobami cierpliwymi i nie tak aspołecznymi jak ja, znoszą to wszystko ze stoickim spokojem. Czas płynie dalej i ksiądz Stanisław na rozładowanie atmosfery postanawia opowiedzieć anegdotkę o obyczajach seksualnych tak zwanych dzikich czyli- w jego mniemaniu- reprezentantów religii islamskiej. Pada w tym miejscu bardzo odkrywcza- jego zdaniem- historia o pokazywaniu po nocy poślubnej zakrwawionego prześcieradła zgromadzonej pod oknem gawiedzi, na dowód dziewictwa panny młodej. W przytoczonym przez niego przypadku prześcieradło nie było jednak dość zakrwawione, co wprawiło gawiedź w konsternację, poruszenie i święte oburzenie także na lekarza, który dał gwarancję, że krew będzie prima sort. Lekarz jednak gawiedzi powiedział by ta, miast się jego czepiać sprawdziła atrybuty młodego pana, co też ta uczyniła i wszystko się wyjaśniło. I bardziej tu podobno honor pana niż panny młodej ucierpiał.
Taką to przypowieścią uraczył ksiądz Stasiu Rodziców moich. Po czym, w toku tej intelektualnej rozmowy Ojciec mój postanowił opowiedzieć o książce, którą czytał parę dni temu, a była to książka W kanałach Lwowa Roberta Marshalla - na podstawie której Agnieszka Holland film swój niesamowity nakręciła. Ksiądz Stasiu jednak nie wydał się zainteresowany, gdyż uciął tą rozmowę zdaniem: Holland ? Ta Żydówka... ? Nie lubię jej... - czym wprowadził jeszcze większą konsternację i zażenowanie w domu moich lewicujących bardziej niż prawicujących i tą "żydowską" Gazetę Wyborczą czytających rodziców.
Tak to mniej więcej tegoroczna kolęda na spokojnej wsi warmińskiej wyglądała.
To be continued.



sobota, 7 stycznia 2012

o gentryfikacji i o kotach


W zależności od humoru (i tego czy Cezary Michalski akurat za bardzo nie przynudza w swoich felietonach) od czasu do czasu zdarza mi się trochę sympatyzować z linią programową Krytyki Politycznej. Tak, właśnie tej KP na którą "prawdziwi" Polacy-patrioci spod znaku łysej pały zdrowo ostatnio plują w zemście za pewnego importowanego Niemca-anarchistę, który też w pluciu był niezły. Plują, bo jak mówi poeta Nie będzie [k**wa] Niemiec pluł nam w twarz. Ale nie o tym, nie o tym ten tekst. Na myśl o mieleniu "listopadowej niepodległości" do dziś niedobrze mi się robi.


Za sprawą tej właśnie, wyżej wspomnianej KP poszerzył mi się ostatnio osobisty słowniczek wyrazów obcych o nowy, pięknie brzmiący i z angielskiego pochodzący termin gentryfikacja.
Najogólniej mówiąc, chodzi o takie różne złe - zdaniem KP- zjawiska jak np. zabieranie pod grodzone i monitorowane osiedla parku gdzie akurat z psem na spacer chodzisz, wyrzucanie dynks chlejącego plebsu, staruszków i staruszki z 600 złotyma emeryturki z pięknych secesyjnych kamienic przez nowobogackie polskie elity itp, itd. O tak, kamienice w modzie są bardzo. Te 3 metry wzwyż, stiuki, z kafli piece, bauhausu ebonitowe włączniki. Wyremontujemy, zrewitalizujemy, czynsz na poziom nieosiągalny dla biedoty wywindujemy. Home and Garden można zaprosić później na sesje fotograficzną. Ach, jakże będzie wybornie !
Plebsowi i dziadkom baraki z dykty, styropianu z dodatkiem azbestu na przedmieściu postawimy. Niech znają dobroć naszą wielkopańską. Nie kpię tu teraz wcale. Gentryfikacja złem jest i basta.
Znam to z autopsji. Załączone zdjęcie dowodem niech będzie.
Na pewnej zacisznej ulicy w mieście Elblągu pałacyk poniemiecki jest z balkonikiem, gzymsami i konsolami. Lat kilka pałacyk stał zapomniany przez Boga i ludzi, więc kocia bohema artystyczna wprowadzić się nielegalnie postanowiła. Żyło się tu królewsko. Salony, weranda, poddasze - wszystko to nasze. Lobby, atelier i foyer. U babci koty kochającej jadłodajnia naprzeciwko. Przyszedł jednak dzień sądny i ludzie sobie przypomnieli, że pałacyk ten całkiem fajny nawet jest i do używania nawet jeszcze może się nadawać. Alle Katzen raus ! - hasło padło. [...by wzmocnić dramaturgię sytuacji celowo piszę to w języku Goethego ].
Tak się życie potoczyło, że teraz m.in ja na tych "salonach" urzęduję. Koty jednak ciągle przychodzą, siadają czasem na parapecie i rzucają takie oto (jak na załączonym obrazku) nienawistne spojrzenia zdające się mówić My tu jeszcze wrócimy. Od czasu do czasu, jakiś koci Banksy zakradnie się do środka przez niedomknięte drzwi i na znak swojej moralnej wyższości demonstracyjnie obsika ścianę. Z kotami nie ma żartów. W poprzednim wcieleniu byłem jednym to wiem.





wtorek, 3 stycznia 2012

hast du eigentlich etwas zu sagen ?

Neoficka gorliwość, która charakteryzowała początki tego bloga wydaje się już częściowo wypalona. Pojawiły się zasadnicze pytania egzystencjalne. Po co ? Po jaką cholerę ? Co ty masz właściwie do powiedzenia? Kogo to może obchodzić ? Po przypływie zniewalającego poczucia trywialności pojawiła się jednak także zasadnicza odpowiedź, którą to napiszę po angielsku w wersji lekko ocenzurowanej : I don't give a f**k. Nie ma tu żadnej target group, słupków oglądalności ani prime time. Jest pewien chaotyczny, eklektyczny strumień świadomości. Są być może pewne herezje, które dla jednych są a dla innych już herezjami nie są. Jest także pewna postmodernistyczna "nihiliczność" lub wręcz kontestacja tej "nihiliczności".

Przeczytałem niedawno po raz kolejny refleksyjny, słynny "manifest" Kuby Wandachowcza*. Przeczytałem też, napisany w podobnym duchu demaskatorski tekst Doroty Masłowskiej**. Jakże wieje pesymizmem, jakże huczy defetyzmem. Jakże jednak rozumiem ten ich artystyczny weltszmerc. Od publikacji minęło już 9 lat. Diagnoza "Generacji Nic" pozostaje jednak nadal straszliwie trafna. Może dziś nawet jeszcze bardziej trafna. Oblepieni stadem meduz z nalepką "Wolność -made in USA", dryfując gdzieś w tym cuchnącym bajorku razem z opakowaniami po Happy Meal, torebką po chipsach, zardzewiałym wózkiem z Carrefoura i innymi fekalicznymi substancjami w pazłotku i brokacie, modlimy się do Św. Steve Jobsa o nowego Ipada.
Z tekstów Masłowskiej i Wandachowicza wieje zaraźliwa refleksja nad paraliżującą pustką, która stała się udziałem pokolenia "dzieci transformacji". W zderzeniu z "majnstrimowym", amerykańskim, bezrefleksyjnie-wszechobecnym keep smiling przypomina to może trochę biadolenie zrzędliwego starca czy defetystyczny bełkot frustrata. Niemniej pierwsza tego typu kontestacja Novus Ordo Mundi, nawet jeśli jest "głosem wołającego na pustyni" to jest także "śmiechem w twarz" zidiociałej medialnej chimery, która podtrzymuje i utrwala ten paraliżujący, choć dla wielu wygodny status quo.




* Kuba Wandachowicz, Generacja Nic, Gazeta Wyborcza z dnia 5 września 2002 r.
**Dorota Maslowska, Przyszkoleni do jedzenia, Gazeta Wyborcza z dnia 5–6 października 2002 r.